poniedziałek, 11 lipca 2011

Cecilienhof, Neuer Garten w Poczdamie.

Drugi dzien pobytu w Poczdamie zaczelam bardzo wczesnie. Zaraz po sniadaniu postanowilam podjechac w 2 miejsca samochodem, bo wiedzialam, ze nie dam rady dojsc tam na piechote podczas calego dnia zwiedzania. Poza tym pewnie zabrakloby mi czasu.

Najpierw pojechalam obejrzec imitacje antycznych ruin niedaleko Parku Sanssouci. Zaparkowalam na uliczce Ruinenbergstrasse (w tlumaczeniu: ulica ruin na wzgorzu) i doszlam sciezka na wzgorze do ruin.

Z albumu Sanssouci Park, Potsdam, June 2011

Oprocz lokalnych mieszkancow na spacerze z psami, nie bylo tam nikogo innego, zadnych turystow. Na srodku znajduje sie zbiornik, ktory kiedys byl zrodlem wody do fontann w Parku Sanssouci.

Z albumu Sanssouci Park, Potsdam, June 2011

Zwiedzanie ruin trwa 5-10 minut, mozna chwile popatrzyc w strone Palacu Sanssouci i to by bylo na tyle.

Drugi przystanek porannej wycieczki byl w Neuer Garten. Tym razem nie dalo rady zaparkowac na bocznej ulicy, bo ta byla obstawiona lub byl zakaz parkowania. Przy parku jest parking platy 2 euro za godzine lub 6 euro za caly dzien. Przyjechalam na miejsce ok 9.15, wiec park i parking byly jeszcze puste.

Zwiedzanie zaczelam od Palacu Cecilienhof. Zostal on zbudowany w latach 1914-1917 dla ksiecia Wilhelma Hohenzollerna i jego małżonki Cecylii, księżniczki Meklemburgii i Schwerina. Styl palacu, z okresu dynastii Tudorow, zostal wybrany po wizycie pary ksiazecej w Anglii.

Goscie w restauracji hotelowej jedli jeszcze sniadanie, a na terenie parku byly tylko pojedyncze osoby z psami lub biegacze i rowerzysci. Na lace przed domem jedna ze spacerowiczek pokazala mi zajaca siedzacego w wysokiej trawie.

Z albumu Cecilienhof, Neuer Garten, Potsdam, June 2011

Po obserwacji zajaca odwrocilam sie w strone domu i dotarlam do ogrodu. Coz moge powiedziec, widok byl przepiekny, brak spacerowiczow, zielono, kwitnace kwiaty. Magiczna chwila.

Z albumu Cecilienhof, Neuer Garten, Potsdam, June 2011

Na malym dziedzincu ladna kompozycja kwiatowa i fontanna Narcyza.

Z albumu Cecilienhof, Neuer Garten, Potsdam, June 2011

Nastepnie pokrecilam sie chwile po lace i porobilam zdjecia, korzystajac z braku innych zwiedzajacych.

Z albumu Cecilienhof, Neuer Garten, Potsdam, June 2011

Dopiero gdy skonczylam robic zdjecia i zaczelam obchodzic budynek dookola pojawila sie pierwsza wycieczka. Jak szarancza psujaca wspanialy klimat miejsca.

Niestety mialam bardzo malo czasu na dalsze zwiedzanie, wiec zdecydowalam sie tylko na wizyte w budynku, gdzie jest ekspozycja zwiazana z Konferencja Poczdamska. Pokoje ksiazece mozna zwiedzac tylko z przewodnikiem, wycieczki sa co 2 godziny. Jesli ktos ma czas, to polecam. W przewodniku, ktory kupilam, wygladaja interesujaco.

W Neuer Garten jest jeszcze kilka budynkow godnych obejrzenia: Palac Marmurowy, Oranzeria, Grota, Piramida. Poza tym warto pospacerowac sciezkami nad jeziorem.

Po powrocie z Neuer Garten musialam opuscic pokoj hotelowy, zostawilam samochod na ulicy przy parku i zwiedzalam obiekty Sanssouci.

Mialam zwiedzic jeszcze jeden park tego dnia - Babelsberg, ale zabraklo mi mocy w nogach i organizmie. Zostawiam sobie to wszystko na kolejna wizyte w Poczdamie, tak mi sie tam spodobalo.

Linki:
Galeria z Cecilienhof i Neuer Garten z czerwca 2011,
Galeria z drugiej wizyty w Poczdamie we wrzesniu 2011, 
Galeria z wizyty na Christmas Market w grudniu 2012.

Opis zwiedzania Parku Sanssouci.

piątek, 24 czerwca 2011

Park Sanssouci w Poczdamie.

Moja wizyta w Poczdamie byla zaplanowana w ostatniej chwili. Zmienily mi sie plany wyjazdowe na zlot samochodowy w Polsce i okazalo sie, ze mam jeden dzien wolny. Szybko spojrzalam na mape, co by tu zwiedzic po drodze do Zbaszynia i padlo na Poczdam. Bylam tam w 1986r na wczasach z rodzicami w owczesnym NRD i stwierdzilam, ze warto zobaczyc to miejsce jeszcze raz, z doroslego punktu widzenia.

Hotel.

W dniu postoju w Poczdamie, mialo byc zacmienie ksiezyca, wiec wymyslilam, ze poszukam jakiegos hotelu w terenach zielonych, zeby obejrzec to zjawisko. Spojrzalam na mape okolic Sanssouci i okazalo sie, ze jest tam mnostwo terenow zielonych i pare hoteli do wyboru. Zdecydowalam sie na Schlossgarten Hotel am Park von Sanssouci, ze wzgledu na lokalizacje, cene i dostep do internetu. Hotel jest po drugiej stronie ulicy od parku, wystarczy przejsc kilkadziesiat metrow by wejsc do srodka.

Z albumu Sanssouci Park, Potsdam, June 2011

Hotel miesci sie w takim wiekszym domu jednorodzinnym, nic szczegolnego jesli chodzi o architekture. Przed budynkiem jest maly parking i ogrodek sasiedniego domu (pewnie nalezy do wlascicieli hotelu). Obsluga mila, mowi po angielsku. Dostalam pokoj na 2 pietrze, standard okreslilabym jako zwyczajny, przynajmniej wyposazenie nie bylo typowo sieciowe, gdzie wszystkie pokoje wygladaja tak samo. Internet faktycznie byl, ale najlepiej dzialal blisko drzwi. Sniadanie bylo serwowane w piwnicy. Ladny wystroj pomieszczenia, elegancka zastawa stolowa, przyzwoity wybor jedzenia.

Pareset metrow od hotelu jest stacja kolejowa Potsdam Park Sanssouci skad jezdza pociagi do centrum Berlina. Mozna tez dojechac z lotniska. Takze hotel ma dobra lokalizacje jesli chodzi o transport z lotniska, z autostrady i jest blisko atrakcji. Jesli zdecyduje sie na ponowna wizyte w tym miejscu, to z przyjemnosci wybiore go jeszcze raz. Niedaleko jest tez Best Western, jesli ktos lubi sieciowki, ale jest drozszy i nie ma internetu w cenie pokoju.

Park Sanssouci.
Po przyjezdzie do hotelu zjadlam swoj "suchy" prowiant i wyruszylam zwiedzac. W hotelu znalazlam ulotke Ogrodow Botanicznych, na ktorej z tylu byla mapa parku. Jak wspominalam wyzej, daleko do parku nie bylo i od razu znalazlam sie na szerokiej sciezce wsrod drzew. Nikogo w okolicy, piekne zapachy przyrody, cisza i spokoj.

Park Sanssouci zajmuje teren 198 hektarow. Na jego terenie jest kilka palacow, budynkow gospodarczych, pawilonow, fontann, ogrodow, itp. Calosc jest wpisana na liste światowego dziedzictwa UNESCO.

Aleja doprowadzila mnie do Nowego Palacu - Neue Palais. Piekny barokowy budynek z XVIII wieku, zbudowany przez Fryderyka Wielkiego.

Z albumu Sanssouci Park, Potsdam, June 2011

Zwiedzanie Nowego Palacu dzieli sie na dwie czesci, zwiedzanie ogolne, ktore trwa okolo godziny, dostaje sie AudioGuide i zwiedza sie samemu we wlasnym tempie. Do tego mozna dodatkowo zwiedzic komnaty krolewskie z zywym przewodnikiem. Niestety wejscie do komnat jest co 2h, od 10.00 rano. Ze wzgledu na godzine, o ktorej pojawilam sie nastepnego dnia, nie moglam zwiedzic komnat. Mozna kupic specjalna karte pozwalajaca na robienie zdjec we wszystkich obiektach w Sanssouci, kosztuje tylko 3 euro. Ja sie zgapilam i nie kupilam w Nowym Palacu, czego zaluje.

Palac w srodku jest bardzo okazaly. Jedna z ciekawostek jest komnata z muszlami. Pomieszczenie jest ogromne, sciany sa wylozone muszlami i roznymi mineralami od podlogi do sufitu, a nawet sufit. Na podlodze sa ulozone wzory z marmuru. W innych pomieszczenia zloto kapie z sufitow, a dekoracje wewnetrzne sa w stylu barokowym i rokoko, ktory byl podobno ulubionym stylem Fryderyka Wielkiego. Pokoje sa ogromne, a najwieksze pomieszczenie w palacu to Sala Marmurowa.

Dawne pomieszczenia gospodarcze sa teraz zajmowane przez Uniwersytet Poczdamski. Nie wygladaja na byle jakie pomieszczenia gospodarcze.

Z albumu Sanssouci Park, Potsdam, June 2011

Z Palacu udalam sie w strone Ogrodu Botanicznego, by sprawdzic gdzie dokladnie jest. Nastepnego dnia przekonalam sie, ze ogrody nie naleza do wyjatkowych, raczej typowy ogrod botaniczny przy uniwersytecie. Wstep za darmo.

Z albumu Sanssouci Park, Potsdam, June 2011

Kawalek dalej za ogrodem jest fontanna otoczona schodami, a na wzgorzu Oranzeria. Budynek zbudowany w XIX wieku, w stylu wloskiego renesansu, z fasada na 300m szerokosci.

Z albumu Sanssouci Park, Potsdam, June 2011

Nie wiem czy mozna ja zwiedzac, ja ograniczylam sie do ogladania z zewnatrz. Akurat slonce zachodzilo i pomaranczowe promienie oswietlaly budowle. Bedac na wyzszym poziomie parku, postanowilam zobaczyc Belvedere i maly pawilon Smokow Drachenhaus. Z Oranzerii wiedzie szeroka aleja w strone Belvedere i caly czas widzimy co na nas czeka na koncu spaceru.

Z albumu Sanssouci Park, Potsdam, June 2011

Z bliska budynek Belvedere wyglada bardzo okazale. Belvedere oznacza - ladny widok i faktycznie widac z tarasu Nowy Palac. Niestety budynek zostal zniszczony w czasie wojny i odbudowano go dopiero po zjednoczeniu Niemiec.

Z albumu Sanssouci Park, Potsdam, June 2011

Z albumu Sanssouci Park, Potsdam, June 2011

Wrocilam sciezka do Oranzerii i udalam sie w strone Palacu Sanssouci. Po drodze natknelam sie na Stary Mlyn. W ciagu dnia mozna go zwiedzac, a jego ramiona kreca sie.

Z albumu Sanssouci Park, Potsdam, June 2011

Po dlugiej wedrowce wreszcie dotarlam do Palacu Sanssouci. Wieczorem byl zamkniety, ale zwiedzilam go nastepnego dnia. Zdecydowanie polecam wizyte z samego rana lub poznym wieczorem, by porobic zdjecia ogrodu tarasowego i schodow. W ciagu dnia palac i ogrod jest oblegany przez turystow. Wstep jest limitowany i trzeba czekac na wyznaczona godzine. Zwiedzanie jest dosc szybkie, okolo 10 komnat. W koncu jest to tylko letni palac i budynek nie jest duzy.

Mozna kupic bilet wstepu do wszystkich atrakcji, za 15 euro od osoby, ale nie uwzglednia on wstepu do Palacu Sanssouci. Bilet pozwala tez na wstep do obiektow w Nowym Ogrodzie: Palacu Cecilienhof i Palacu Marmurowego.

Z albumu Sanssouci Park, Potsdam, June 2011

Na tym etapie wedrowki bylam juz nieco zmeczona, ale i tak musialam jakos wrocic do hotelu i przy okazji zaliczyc pare pomniejszych budynkow.

Chinski Pawilon kapiacy zlotem.

Z albumu Sanssouci Park, Potsdam, June 2011

Laznie rzymskie.

Z albumu Sanssouci Park, Potsdam, June 2011


Palac Charlottenhof.

Z albumu Sanssouci Park, Potsdam, June 2011

Jak widac na zdjeciach robilo sie coraz ciemniej, ale przez park ciagle przemieszczali sie ludzi. Niedaleko lazni widzialam pare osob na piknikach, rowerzysci przemykali alejkami, itp. Niestety zacmienia ksiezyca nie widzialam, moze dlatego, ze byl on bardzo nisko, a ja bylam miedzy drzewami. Szczerze mowiac, gdy wloklam sie z powrotem do hotelu, to bylo mi juz wszystko jedno czy zobacze ksiezyc czy nie.

Wieczorny spacer po parku byl swietny i polecam kazdemu odwiedzajacemu zapoznanie sie z terenem i obejrzenie budynkow z zewnatrz na spokojnie, a dokladne zwiedzanie nastepnego dnia. Dobre miejsce na romantyczny weekend.

Artykul opisujacy wizyte w Palacu Cecilienhof i Nowym Ogrodzie.

Linki:
Galeria z Parku Sanssouci z czerwca 2011.
Galeria z drugiej wizyty w Poczdamie we wrzesniu 2011, 
Galeria z wizyty na Christmas Market w grudniu 2012.

Aktualizacja:

W grudniu 2012r wybralam sie na Christmas Market do Poczdamu. Zatrzymalam sie wtedy w hotelu Brandenburger Tor w samym centrum miasta, ktory szczerze polecam. Dobre 4* w samym centrum "starego" Poczdamu. Niestety ze stacji kolejowej Poczdam Glowny trzeba dojsc kawalek lub podjechac taksowka. 

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Stonor Park, Oxfordshire.

Stonor Park to posiadlosc polozona w malowniczych Chiltern Hills, niedaleko Henley on Thames w Oxfordshire. Posiadlosc nalezy do rodziny Stonor od 850 lat. W 1415r tytul barona Camoy zostal przyznany Tomaszowi de Camoy po bitwie pod Agincourt. W 1839r Tomasz Stonor zawnioskowal o przywrocenie tytulu jako potomek rodziny Camoy. Rodzina Stonor zyla w cieniu przez 250 lat po reformacji, ze wzgledu na swoja wiare katolicka. Wrocili do zycia publicznego i polityki w 1832, gdy Tomasz Stonor zostal wybrany do parlamentu jako reprezentant Oxfordu.

Dom rodziny Stonor byl rozbudowywany i powiekszany przez 9 wiekow. W srodku jest wystawa z informacja, ktore czesci domu powstaly pierwsze i jak zostaly potem polaczone w jeden budynek na przestrzeni wiekow.

Z albumu Stonor Park & VW Rally, June 2011

Kaplica widoczna po prawej stronie, byla na poczatku oddzielna budowla. Tak samo kuchnia, ktora potem zostala wlaczona do czesci glownej. W sredniowieczu kuchnie byly oddzielnymi budynkami, by w razie pozaru, uniknac spalenia domu.

Wystroj domu nie przypadl mi jakos szczegolnie do gustu. Stara czesc byla "standardowa" jak na tego typu domy. Za to jedna z sypialni z XX wieku przerazila mnie. Lozko i krzesla w ksztalcie muszli. To bylo chyba najbrzydsze lozko jakie widzialam w zyciu. Zdjecie dostepne na stronie Stonor - lozko.

Na tylach domu znajduje sie maly, ale bardzo malowniczy ogrod oraz domek na drzewie, ktory tak naprawde jest domkiem na palach.

Z albumu Stonor Park & VW Rally, June 2011
Z albumu Stonor Park & VW Rally, June 2011

Wzgorza po obu stronach zapewniaja ladne widoki na dom oraz miejsce do spacerow. Niestety pogoda srednio dopisala, kolejna niedziela z deszczem. Okolo 12.00 zaczelo kropic i tak juz padalo przez kolejne godziny. Na szczescie dalo sie zwiedzac i podziwiac widoki spod parasola.

piątek, 27 maja 2011

Weekend w Jungfrau Region w Szwajcarii - plan na sierpien.

Obudzilam sie dzisiaj z przeswiadczeniem, ze musze znowu pojechac do Szwajcarii i przejsc wreszcie szlakiem po gorach w rejonie Grindelwald. Bylam tam w 2006r, weszlam/wjechalam na czesc gor i przeszlam czescia szlaku, ale niestety w polowie czerwca lezal jeszcze snieg i czesc trasy byla zamknieta. Na zdjeciu ponizej widok na doline Grindelwald, zdjecie z pierwszej wizyty w tym rejonie w 2002r.

Z albumu Grindenwald , Murren (Alps), Switzerland 2002

Przed wyjazdem w 2006r nabylam maly przewodnik "Tour of the Jungfrau Region", ktory byl inspiracja do eksploracji tych konkretnych szlakow. Nota bene nabylam ten przewodnik w Travel Bookshop w Notting Hill, ktory posrednio byl przedstawiony w filmie "Notting Hill". Potwierdzam tym, ze prawdziwy sklep mial duzy wybor przewodnikow.

Wracajac do Szwajcarii, wymyslilam, ze najlepiej bedzie skoczyc na 4 dniowy weekend korzystajac z sierpniowego dlugiego weekendu. Wystarczyly mi 2h, by opracowac i sprawdzic wyjazd: przeloty, przejazdy pociagami, trasa wedrowki. Bylo to dosc proste, bo bylam juz w tym rejonie 2 razy i dokladnie go zwiedzilam w 2006r.

Wstepnie trasa wyglada nastepujaco:
  • Przelot do Zurichu, a nastepnie przejazd pociagiem do Interlaken West. Nocleg w Happy Inn Logdge.
  • Wczesna pobudka, autobus do Wilderswil, kolejka na Schynige Platte. Stamtad przejscie szlakiem w strone First, ze wspieciem sie po drodze na Faulhorn. Calosc ok 15km, 6h. Nocleg w Berggasthaus First. Opis szlaku.
  • Z First przejscie do Wetterhorn hotel, ok 9km w dol i po plaskim, 3h. Mozna skonczyc dzien, zjechac do Grindelwald autobusem lub polaczyc w calosc z kolejnym dniem. Nocleg w hotelu.
  • Z Wetterhorn Hotel marsz w strone Alpiglen, 11km, 5h, 837m w gore, 445m w dol. Nocleg w Alpiglen Gesthaus.
  • Przejscie do Kleine Scheidegg, podziwianie widokow, przejazd pociagiem do Zurychu, powrot do Londynu.
W przypadku przejscia z First do Alpiglen w jeden dzien, mozna dorzucic na ostatni ddzien wjazd na Jungfrauojch. Ja juz tam bylam, wiec nie zalezy mi na tym. Mozna tez z Kleine Sch. przejsc szlakiem w strone Wengen (zdjecie ponizej) i zatrzymac sie na nocleg w tamtym rejonie. Z kazdego z tych miejsc latwo dostac sie do Interlaken, a stamtad do Zurichu na lotnisko.

Na zachete zdjecia z pobytu w Jungfrau Region w 2002r.:
-Grindelwald i Murren.
-Interlaken

Koszty wypadu szacuje na 400 funtow: przelot £150, przejazdy pociagami ok £70, noclegi £170. Do tego trzeba doliczyc jeszcze jedzenie na miejscu.

środa, 23 marca 2011

Wiosna w Wisley Garden.

Pare tygodni temu skorzystalam z dnia otwartego i darmowego wstepu do Wisley Park. Akurat pare dni wczesniej jechalam A3 z Londynu do Portsmouth i zapamietalam, ze po drodze byla wskazowka zjazdowa na ten park. Gdy zobaczylam, ze maja dzien otwarty stwierdzilam, ze odwiedze ich, bo na pewno to gdzies w mojej okolicy.

Szczesliwie pogoda dopisala i moglam zrobic zdjecia z bezchmurnym niebem w tle.

Z albumu Wisley Garden, March 2010

Jedna z najwiekszych atrakcji ogrodu jest szklarnia z wydzielona czescia na wolno latajace motyle. Z tabliczek, ktore widzialam na miejscu, wniosku ze w okresie szczytu ustawia sie dluga kolejka do motyli, na 40 minut czekania. Akurat podczas mojej wizyty nie bylo zadnej kolejki i mozna bylo polowac na motyle z aparatem.

Z albumu Wisley Garden, March 2010

W London Zoo byla kiedys podobna motylarnia, ale chyba tylko w lecie. Tam bylo wiecej motyli, a przynajmniej wiecej z nich siadalo na stoliczkach z owocami i mozna bylo latwo zrobic zdjecia.

W ogrodzie nie zabraklo wiosennych kompozycji i kwiatowych dywanow.

Z albumu Wisley Garden, March 2010

Na pewno warto odwiedzic ogrod pozna wiosna i potem w lecie, by zobaczyc jakie maja kwiaty. Na razie wiekszosc grzadek byla w brazowej tonacji.

Ogrod nalezy do RHS - Royal Horticular Society. Mozna kupic roczny abonament za 49 funtow, ktory poza wstepem do ich ogrodow daje wstep do niektorych obiektow National Trust i English Heritate. Dodatkowa zaleta karty czlonkowskiej w RHS, jest mozliwosc kupna tanszych biletow wstepu na Chelsea Flower Show i Hampton Court Show.

Wiecej zdjec z Wisley Garden.

poniedziałek, 7 marca 2011

Teneryfa - Puerto de la Cruz i Aguilas Jungle Park, cz. 4.

Dzien szosty zwiedzania - El Salto - Puerto de la Cruz - Orotava - El Teide - Vilaflor - El Salto - lacznie ok. 170km


Autostrada wybralismy sie w strone Puerto de la Cruz. Pierwszy odcinek poznalismy juz wczesniej w drodze do Santa Cruz, ale tym razem skrecilismy w strone polnocnego wybrzeza. Autostrada idzie przez kilka gorek i dolkow i mozna spotkac na swojej drodze spowalniacze w postaci czolgajacych sie ciezarowek.

Pierwszym punktem wycieczki byl ogrod botaniczny - Jardín de Aclimatación de la Orotava. Latwo go znalezc, jest przy drodze wjazdowej do miasta. Parkowanie na bocznej ulicy za darmo, wstep tylko 3 euro od osoby. Ogrod wydaje sie maly, w stosunku np do Kew Gardens. Jednak przejscie wszystkimi alejkami i dokladne przyjrzenie sie roslinom moze zajac zaskakujaco duzo czasu. W ogrodzie sa laweczki, wiec mozna porozkoszowac sie spiewem ptakow i podziwiac przyrode.

Z albumu Botanic Garden & Aguilas Jungle Park, Tenerife, February 2011

Nastepnie przejechalismy kawalek dalej samochodem i chcielismy spacerem udac sie do ogrodow Taoro. Okazalo sie jednak, ze znacznie lepiej podjechac tam samochodem, bo jest to na gorce, nad miastem. Zrobilismy sobie przerwe techniczna w chinskiej restauracji, przespacerowalismy sie po miescie i wrocilismy do samochodu. W chinskiej restauracji trafilismy na grupe emerytow, ktora grala w karty. Zrobili przerwe na posilek, a potem wrocili do swojej gry. Zapewne stali klienci.

Podjazd do ogrodow Taoro wiedzie jednokierunkowa droga ostro pnaca sie do gory. Przy wejsciu do ogrodow jest pare miejsc parkingowych. Widoki rzeczywiscie ladne, ogrod zas przyciaga malarzy hobbystow. Powyzej ogrodow jest Hotel Taoro i kasyno, jest tam rowniez spory parking.

Obiekt widoczny z gory, ktory szczegolnie mnie zaciekawil, to okragla stacja benzynowa. Interesujacy przyklad architektury uzytkowej.

Z albumu Tenerife, February 2011

Atrakcje, ktora celowo pominelismy w Puerto de la Cruz to Loro Parque. Cena za wejscie, 32 euro od osoby, zniechecila mnie skutecznie. Bylismy juz w tylu parkach i zoo, ze postanowilismy odpuscic. Byc moze to blad, pozostawie te atrakcje dla innych.

Z Puerto de la Cruz wracalismy przez doline Oratavy. Samo miasto Orotava jest bardzo malownicze, duzo architektury kolonialnej. Niektore ulice bardzo strome. Dojechalismy do gor i wulkanu El Teide od wschodniej strony, ktorej nie dane bylo nam zobaczyc 2 dni wczesniej. Faktycznie przy drodze lezal snieg powyzej 2200m.

Ciekawostka w tej czesci gor sa figury skalne. Biale polacie widoczne na zdjeciu ponizej to lezacy snieg.

Z albumu Tenerife, February 2011

Dalsza czesc podrozy odbylismy znana juz droga gorska, przejechalismy kolo kolejki linowej na El Teide i zjechalismy w dol przez Vilaflor. Zakrety, zakrety, zakrety. W Granadilla GPS zalecil mi jechac boczna droga, by dotrzec do naszego domku. Domyslilam sie, ze jest to przejazd od gory, a my na codzien jezdzilismy odcinkiem dolnym tej samej drogi. Pierwsza czesc drogi byla jednokierunkowa inaczej nie byloby szans minac sie w ogole. Dopiero potem zrobila sie dwukierunkowa, chociaz niewiele szersza. W koncu jakos dojechalismy do domku, ale nie chcialabym jezdzic ta droga "od gory" codziennie.

Dzien siodmy zwiedzania - El Salto - Aguilas Jungle Park - Los Cristianos - lotnisko - lacznie ok. 46km.


Wedlug regulaminu powinnismy opuscic nasz domek do 10.00 rano. Wlascicielka powiedziala nam, ze nie musimy dokladnie o tej godzinie wyjezdzac, bo nikt nie przyjezdza po nas w sobote. Wspomniala natomiast, ze oni jada na kamping na weekend i poczekaja na nasz wyjazd. Nie chcialam byc zawalidroga i powiedzialam, ze wyjedziemy o 10.00. Okazalo sie jednak, ze na tyle szybko zjedlismy sniadanie i dopakowalismy torbe, ze juz o 9.00 bylismy gotowi do wyjazdu. Oddalam klucze i pojechalismy do Aguilas Jungle Park.

Jechalam troche na oslep, bo informacja na stronie parku dotyczaca adresu nie byla zbyt precyzyjna. Na szczescie zaraz po zjezdzie z autostrady, tym samym zjazdem co na Los Cristianos, tylko w druga strone, byly wskazowki na park. Wyglada na to, ze niedawno zmieniono organizacje ruchu i ostatni odcinek drogi jest jednokierunkowy, taka duza petla ktora dojezdza sie do parku, a potem zjezdza w dol. W srodku zas jest park.

Bylismy na miejscu rowno o 10.00, bagaze zostawilismy w bagazniku i poszlismy zwiedzac. Jesli ktos ma mozliwosci wydrukowania biletow w domu/miejscu pobytu, to warto, bo bilet kupiony przez internet i samodzielnie wydrukowany jest tanszy. Bilet w kasie 24 euro dla osoby doroslej. Z Playa Americanos i Los Cristianos jezdzi darmowy autobus do parku i z powrotem.

Sam park nie zajmuje ogromnych polaci terenu, ale wszystko jest dobrze zorganizowane i jest wiele opcji zwiedzania. Tuz przy wejsciu znajduje sie wybieg tygrysow, na ktorym rano sa zwykle tygrysy, a po poludniu biale. Takie same godziny rotacji obowiazuja na wybiegu lwow, w dalszej czesci ogrodu. My niestety nie zalapalismy sie na biale lwy, bo za pozno tam doszlismy. W ciagu dnia sa 2 pokazy ptakow egzotycznych i 2 pokazy ptakow drapieznych. Papugi za bardzo nas nie zaskoczyly, bo widzielismy bardzo dobry show na Cyprze rok temu. Ale popisy i prezentacje innych ptakow byly interesujace.

Podczas pokazu ptakow drapieznych nie mozna wstawac z miejsca, jesc i nalezy pilnowac dzieci, zeby nie biegaly same. Nie wiem dlaczego, niektorzy rodzice nie mogli pojac tych prostych zasad i od czasu do czasu dziecko krecilo sie samowolnie. Ciekawe jakie by mieli miny, gdyby pociecha zostala zaatakowana przez ptaka wielkosci dziecka?

Z albumu Botanic Garden & Aguilas Jungle Park, Tenerife, February 2011

Na terenie parku jest ogrod kaktusowy oraz Jungle Raid. Jest to seria mostkow, tuneli i innych przeszkod typu drewno i lina. My nie przeszlismy calego, bo poprzeczka zaczela sie podnosic, a mi nie chcialo sie czolgac w tunelach z lin.

Z albumu Botanic Garden & Aguilas Jungle Park, Tenerife, February 2011


W parku zostalismy do 15.00, a nastepnie pojechalismy na znany nam juz parking w Los Cristianos i wybralismy sie do "chinczyka" na obiad. Bufet "all you can eat" kosztuje 6,5 euro od osoby, a knajp w centrum jest kilka. Reszte dnia spedzilismy na lawce na promenadzie i spacerujac po okolicy.

Gdy pojechalismy na lotnisko oddac samochod, zauwazylam jedna rzecz: wszystkie inne auta tej samej firmy byly w dobrym stanie i nie poobijane, tylko ta moja Meganka wygladala jak nieszczescie. Tak to jest, jak zachciewa sie mniej popularnych aut, ktore pewnie dluzej musza sluzyc niz typowe auta turystyczne. Przelot do domu bez dodatkowych wrazen. Obsluga Thomson Airways jak zawsze mila, posilek dal sie zjesc, a na Gatwick dolecielismy 20 minut przed czasem.

Slyszalam, ze na Teneryfie jest jeszcze Monkey Park niedaleko Los Cristianos i Siam Park. Jednak wszystkie te miejsca maja bardzo wysokie ceny biletow. Ciesze sie, ze nie bylam tam z dzieckiem, bo wyjazd bylby duzo kosztowniejszy. O ile produkty spozywcze i jedzenie w restauracjach nie bylo drogie, to wstepy do wiekszosci atrakcji byly juz wycenione pod turystow. Rezydenci placa mniej po okazaniu dokumentow.

Podsumowujac wyjazd: moze byc. Zwiedzilismy nowe miejsca, poznalismy historie wyspy, porelaksowalismy sie na lezaku. Koszt calego wypadu ok 1000 funtow. Na pewno mozna bylo zaplacic mniej, gdybym wynajela tzw. apartament turystyczny, a nie domek na wsi i samochod za polowe tego, co zaplacilam za Megane CC.

Zdjecia z Teneryfy - album.
Zdjecia z ogrodu botanicznego i Aguilas Jungle Park - album.

niedziela, 13 lutego 2011

Teneryfa - Wulkan El Teide, cz. 3.

Dzien czwarty zwiedzania - E Salto - Granadilla - Vilaflor - Boca Tauce - Roques de Garcia - Teleferico Teide - Mirador de Chio - Chio - El Salto - lacznie ok 140km.


Wulkan jest podobno najpopularniejsza atrakcja na Teneryfie, trzeba koniecznie tam pojechac i zobaczyc ten pol ksiezycowy krajobraz. Wybralismy sie "najprostsza" droga z naszej lokalizacji, do Granadilla i potem do gory do Vilaflor. Droga na tym drugim odcinku jest niesamowicie kreta i trzeba duzo cierpliwosci. Trafienie na zawalidroge moze byc proba wytrzymalosci. Ja trafilam na jakiegos miejscowego, ktory jechal sobie 30km/h pod gorke, a wyprzedzic jest ciezko, bo malo prostych odcinkow jest po drodze.

Z albumu Tenerife, February 2011

Vilaflor jest polozona na wysokosci 1400m i czesto jest w chmurach. Z chmurami jest tak: na dole wyspy jest zwykle ladna pogoda, a chmury kraza nad gorami, jak patrzymy z dolu. Gdy wjezdzamy pod gorke, to trafiamy w chmury. Jednak wjazd na wieksza wysokosc powoduje, ze jestesmy ponad chmurami.

Z albumu Tenerife, February 2011

Powyzej Vilaflor droga jest mniej kreta, ale ciagle kreta i pod gorke. Widoki sa coraz ladniejsze, bo chmury ustepuja. I tak krecac od czasu do czas kierownica dojezdza sie do rozgalezienia drogi i pierwszego punktu widokowego w gorach - Boca Tauce. Moze zdarzyc sie, ze ruch bedzie dosc spory i zaparkowanie bedzie trudne. My akurat wybralismy sie w dniu swieta lokalnego, gdy sporo miejscowych mialo ten sam pomysl na spedzenie dnia.

Z albumu Tenerife, February 2011

Na zdjeciu ponizej mapa parku narodowego z nazwami parkingow/punktow widokowych.


Dalsza droga wiedze przez plaskie tereny wsrod skal, lawy i pasm gorskich. W niektorych miejscach trzeba zwolnic, bo sypia sie kamienie na droge, niektore calkiem duze. Nastepny punkt widokowy i duzy parking to Roques de Garcia. Dotarlismy tutaj okolo poludnia i mielismy powazny problem z zaparkowaniem. Na szczescie byla rotacja odwiedzajacych i zwolnilo sie miejsce. Parkingi sa po dwoch stronach drogi, jeden przy hotelu i restauracji, drugi przy punkcie widokowym. A podziwiac jest co.

Z albumu Tenerife, February 2011

Z albumu Tenerife, February 2011

Naszym nastepnym punktem wycieczki miala byc kolejka linowa na El Teide. Jednak, gdy ja zobaczylam z daleka z jednego z parkingow, to swierdzilam, ze nie czuje sie na silach wjezdzac nia na gore, ale popatrzylismy sobie chwile jak wspina sie miedzy slupami nosnymi. Dla zainteresowanych - przejazd w obie strony kosztuje 25 euro od osoby. Slono licza sobie za atrakcje na Teneryfie.

Z albumu Tenerife, February 2011

Zaraz za kolejka natknelismy sie na niemila niespodzianke - zamknieta droge. Panowie policjanci kiepsko mowili po angielsku i dowiedzialam sie tylko, ze droga jest zamknieta ze wzgledu na pogode i jutro moze byc otwarta lub nie. W zadnym przewodniku nie bylo mowy o tym, zeby sprawdzic status gorskich drog, bo moga byc zamkniete. Trudno bylo uwierzyc, ze przyczyna zamkniecia jest pogoda, bo swiecilo piekne slonce. Po powrocie do domku sprawdzilam, ze droga byla zamknieta z powodu duzej ilosci odwiedzajacych park narodowy z powodu swieta. A pare dni wczesniej byla zamknieta z powodu sniegu. Informacje o stanie drog mozna srawdzic na tej mapie, wszystko po hiszpansku. Ewentualnie mozna zerknac na bloga Janet Anscombe, ktora publikuje biezace informacje z Teneryfy.

W Vilaflor byla tablica swietlna, na ktorej bylo cos napisane po hiszpansku, ale nie bylo nic po angielsku i nie wiedzialam, ze to dotyczy drogi w gorach. Z tego co widze na forach poswieconych Teneryfie, droga jest dosc czesto zamykana na roznych odcinkach.

W zwiazku z tymi komplikacjami nie pozostalo nam nic innego jak zawrocic i zakonczyc nasza wycieczke w gorach. Tym razem zdecydowalismy sie na powrot droga TF-38, ktora schodzi do Chio w zachodniej czesci wyspy. Nie chcialo mi sie jechac przez te wszystkie zakrety na trasie do Granadilla.

Pierwszy punkt widokowy znajduje sie w srodku pola lawy, wlasciwie to droga idzie przez lawe, krajobraz podobny do islandzkiego.

Z albumu Tenerife, February 2011

W miedzyczasie chmury zaczely wspinac sie na wyzszy pulap i gdy tylko zjechalismy troche ponizej 2 tysiecy metrow, to widocznosc znacznie sie ograniczyla i jechalismy przez chmury. Zawsze musialam wsiasc do samolotu, zeby znalezc sie w chmurach, wiec jazda samochodem przez nie, byla nowoscia.

Z albumu Tenerife, February 2011

Stoczylismy sie jakos na dol i potem lepsza droga i autostrada wrocilismy do naszego domku wakacyjnego.

Piaty dzien zwiedzania
- ograniczyl sie do eksplorowania patio i lezakow po raz kolejny. Testowalam ponownie jazde bez dachu po okolicy, a potem wykanczalismy zapasy lokalnego alkoholu, kupione 2 dni wczesniej. Likier kawowy byl chyba najlepszy, miodowy byl ok, bananowy tez, ale zadna rewelacja.


Dwa ostatnie dni opisze w kolejnym poscie, zeby nie zrobil sie z tego tasiemiec.

sobota, 5 lutego 2011

Teneryfa - wietrzna wyspa, cz. 2.

Dzien drugi zwiedzania - El Salto - Santa Cruz - Guimar - Los Cristianos - El Salto - lacznie ok 170km.


Przypuscilismy atak na Santa Cruz, stolice Teneryfy. Droga dosc prosta, ok 65km autostrada na polnocny - wschod. Niestety nie przeczytalam dokladnie przewodnika i mapy przed wyjazdem i jechalam troche w ciemno. Zapamietalam tylko cos o Ramblas, ze to jakas prestizowa ulica z najlepszymi sklepami. W zwiazku z tym jak zobaczylam strzalki na autostradzie, to byla jedyna nazwa ktora kojarzylam i postanowilam jechac w tym kierunku. Juz w miescie odgrzebalismy przewodnik z mapka i ustalilismy z grubsza gdzie jestesmy.

Nie widzialam nigdzie parkingu, a ulice byly obstawione samochodami i nie bylo juz miejsca. W koncu na ulicy idacej wzdluz nabrzeza wypatrzylam znak parkingu. Moja radosc byla krotka, bo gdy tylko zjechalam pod ziemie, okazalo sie, ze na parkingu jest prawdziwe zamieszanie. Juz przy wjezdzie byl pewnego rodzaju korek. Przejechalam jakos przez barierki wjazdowe, ale utknelam zaraz za nimi. Auta parkowaly tam gdzie nie powinny, niektore probowaly wyjechac, wszyscy trabili na siebie. Jakos przedarlismy sie przez ten chaos i udalo sie nawet znalezc wolne miejsce. Wlasciwie nie wiem dlaczego zrobilo sie takie zamieszanie przy wjazdach i wyjazdach, ale zaluje, ze nie uwiecznilam tego na zdjeciu lub na filmie. W hiszpanskim duchu wszyscy trabili na siebie i probowali wjechac tam, gdzie nie dalo sie wjechac. Cena za parkowanie tez byla podana w dziwny sposob, 0.003 euro za minute czy cos podobnego, wychodzilo ok 14-15 euro za 480 minut, tak bylo napisane na automacie, do ktorego byla zreszta taka sama kolejka jak do parkowania. Dla zainteresowanych, parking jest pod Placem Hiszpanskim.

Gdy wyjezdzalismy od siebie oraz przez cala podroz byla ladna pogoda. Dopiero na ostatnim odcinku w miescie nagle zaczelo padac. Gdy wyszlismy z parkingu bylo juz po deszczu. Widzialam jeszcze 2 raz nagle i krotkie opady mzawki i ludzi chowajacych sie pod dachami, ale na szczescie pozniej nas to nie spotkalo.

Wizyte w Santa Cruz zaczelismy od proby odszukania sklepu Vodafone, ale okazalo sie, ze jest on zbyt daleko od centrum. Po drodze odwiedzilam autoryzowanego dealera Vodafone, ktory powiedzial mi, ze kart sim do internetu to oni nie maja, tylko do rozmow. Drugi sklep byl zamkniety. Odpuscilismy ten temat i postanowilismy pokrecic sie po okolicy.

Z albumu Tenerife, February 2011

W miescie mozna znalezc ciekawe budynki z roznych stylow architektonicznych. Poza stylem kolonialnym, jest troche modernizmu i wspolczesnej architektury. Pod ratuszem zalapalismy sie na demonstracje strazakow, nie wiem czego sie domagali, ale moge zgadywac, ze pewnie wiekszych plac. Pogwizdali, pokrzyczeli i rozeszli sie tak szybko, ze nawet tego nie odnotowalismy.

Nastepnie wybralismy sie do parku García Sanabria, jest maly, ale warto go odwiedzic. Przy okazji przeszlismy sie bocznymi uliczkami i znalazlam wspomniane interesujace budynki.

From Tenerife, February 2011

Ukoronowaniem wizyty w Santa Cruz byl obiad w restauracji chinskiej. Ceny z menu byly bardzo zachecajace, nizsze w euro, niz u nas w funtach. Zamowilismy dania z menu, chociaz byl dostepny bufet za 10 euro od osoby, ale stwierdzilam, ze nie ma szans, zeby przejesc 10 euro, skoro jedno danie z menu kosztuje ok 5 euro. Nie mylilam sie, bo zamowione posilki byly bardzo duze i ledwo dalismy rade zjesc wszystko. Gdyby nie odleglosc, to skoczylibysmy tam jeszcze raz na obiad.

W drodze powrotnej z Santa Cruz zahaczylismy jeszcze o Guimar. Sa tam piramidy schodkowe. Przy zjezdzie z autostrady byly duze znaki kierujace do tej atrakcji, ale juz w samym Guimar mielismy problem, zeby odnalezc ja. Tabliczki byly male, umieszczone w kolumnie z innymi znakami i jeszcze na dodatek zakryte krzakami. Musialam posilkowac sie GPSem i szukaniem konkretnego adresu. Zeby bylo latwiej, to ulotka o piramidach nie zawiera adresu, dopiero w przewodniku znalazlam nazwe ulicy.

Z albumu Tenerife, February 2011

Wstep do tej atrakcji kosztuje 10 euro od osoby, ale jesli ktos jest zainteresowany tematem piramid na swiecie, to mysle, ze warto. W muzeum jest troche informacji o kulturze Indian i innych ludow natywnych, historii roznych piramid na swiecie, a takze o podrozach morskich z czasow przed Kolumbem. W audytorium jest wyswietlany 15 minutowy film o podrozach Thora Heyerdahl oraz lokalnych piramidach. Po pobraniu takiej dawki wiedzy mozna wreszcie wybrac sie na spacer by przyjrzec sie z bliska piramidom oraz roslinnosci lokalnej. Przy niektorych roslinach waznych dla historii i gospodarki Teneryfy sa szczegolowe opisy wykorzystania w zyciu codziennym.

Dzien zakonczylismy wizyta w Los Cristianos. Okazalo sie, ze w dzien powszedni zaparkowanie juz nie jest takie proste jak w weekend. Myslalam, ze bede krazyc w kolko, ale szczesliwie ktos akurat wyjezdzal. W sklepie Vodafone udalo sie kupic karte sim i doladowac ja internetem bez limitu na 15 dni. Podejrzewam, ze pani w sklepie w Santa Cruz nie wiedziala dokladnie jak dzialaja te karty sim, bo nie wydaje mi sie, zeby byla roznica miedzy karta sim do rozmow, a karta do internetu. Trzeba je tylko doladowac uzywajac odpowiednich kodow i tyle.

Tuz przy wspomnianym wczesniej kosciele jest sklep z alkoholem i papierosami. Zaopatrzylismy sie tam w lokalne likiery. Kupilismy likier bananowy, miodowy (Ron de Miel), kawowy i Pinacolade. Sprobowalismy ich po kolei i potwierdzam, ze wszystkie byly dobre. Ron de Miel i likier bananowy to sztandarowe produkty lokalne. Na Teneryfie jest mnostwo plantacji bananow i jest to jeden z glownych produktow eksportowych.

Dzien trzeci zwiedzania - brak. Postanowilismy porelaksowac sie lokalnie. Pogoda okazala sie bardzo zdradliwa. Rozlozylismy lezaki na oslonietym patio. Na poczatku siedzielismy w polarach, bo bylo zimno, ale potem zrobilo sie tak cieplo, ze pozostalismy tylko w strojach do opalania. Silny wiatr (w porywach do 46km/h) sprawil, ze nie odczuwalismy slonca i nagle okazalo sie, ze jestesmy spaleni jak raki i to na dodatek wybiorczo. W ogole nie planowalismy opalac sie, raczej polezec po prostu na sloncu i pogrzac sie.

Po poludniu wybralam sie do lokalnego supermarketu - sieci HiperDyno. Testowalam po raz kolejny wlasciwosci kabrioletu i stwierdzam, ze nie pociaga mnie taki typ samochodu. Przy silnym wietrze jazda bez dachu to zly pomysl. W upale slonce wypala mozg, poza tym dochodzi halas i kurz z drogi. To ja juz wole swoje coupe, wyciszenie i dobra muzyke. Moze to konkretne Megane Cabrio Coupe jest juz zdezelowane, ale nawet jak jedzie sie ze zlozonym dachem, to jest spory halas wlasnie od wiatru. Jakby auto nie bylo dobrze wyciszone.


Wedlug dokumentow samochod ma silnik 1.6 litra, benzyna, ale bardzo opornie jedzie do przodu. Wiekszosc wzniesien musialam pokonywac na drugim biegu, a trasy gorskie, poza wzniesieniami glownie na trzecim biegu. Rozpedzenie tego auta do 120km/h (dopuszczalny limit na autostradzie) jest dosc trudne. Oczywiscie mam spaczony punkt widzenia, bo na codzien jezdze samochodem z silnikiem 200KM, wiec nigdy nie brakuje mi mocy.

Wypozyczylam, przetestowalam i teraz na kolejne urlopy moge spokojnie wynajmowac najmniejsze dostepne auta, jak zwykle. Chociaz na gorzyste tereny warto rozwazyc cos z mocniejszym silnikiem.

Nastepny odcinek opowiesci o Teneryfie: "Teneryfa - Wulkan el Teide, cz.3."

środa, 2 lutego 2011

Teneryfa - wietrzna wyspa.

Wybralam Teneryfe na krotkie, lutowe wakacje, bo miala byc tania. Sprawdzalam oferty last minute roznych biur i zawsze Wyspy Kanaryjskiej byly najtansze. Jednak gdy zaczelam przygladac sie blizej hotelom, zorientowalam sie, ze wiekszosc to bloki i raczej w miescie. Nic co by mnie interesowalo na urlopie. Przejrzalam prywatne apartamenty i domy na wynajem i okazalo sie, ze wolnostojace domy na uboczu to rzadkosc i wcale nie sa tanie. Udalo mi sie cudem znalezc jeden taki dom, "na wsi", ale cena nie byla niska. W ten sposob z tanich wakacji zrobily sie srednie cenowo wakacje ;-)


Polecielismy liniami turystycznymi Thomson Airways, do wyboru byl jeszcze Ryanair i EasyJet. Thomson byl cenowo po srodku i stwierdzilam, ze na wypadek jakis problemow, ataku sniegu w UK, latwiej bedzie dogadac sie z nimi, niz placic jak za zboze za telefony do Ryanair. Lecialam juz pare razy Thomsonem, ostatni raz w grudniu, ale o tym nie pisalam jeszcze na blogu, i zawsze bylam zadowolona z ich uslug.

Na lotnisku odebralismy samochod zarezerwowany w AutoReisen, lokalnej wypozyczalni. Dodam jako ciekawostke, ze stanowisko jest wspolne/tozsame z TUI Cars, wiec zapewne dostaje sie te same samochody. Zaleta tej firmy jest brak excessu (wplaty wlasnej) na wypadek jakis uszkodzen auta. Na dodatek maja bardzo konkurencyjne ceny. Zarezerwowalam u nich Megane Cabrio Coupe za polowe ceny konkurencji. Zachcialo mi sie kabrioleta, bo mialam nadzieje, ze pogoda bedzie sprzyjac, a poza tym chcialam w koncu przejechac sie autem bez dachu i ocenic czy podoba mi sie to, czy nie.

Z lotniska do zarezerwowanego domku na wsi bylo niedaleko, wjazd na autostrade i zjazd nastepnym zjazdem 1km dalej. Potem przejazd przez 2 miasteczka i wies. Dom faktycznie byl w nigdzie, a droga dojazdowa szokujaca. Przestudiowalam ja dokladnie wczesniej z Google Maps i GPS'em, wiec nie bladzilam. Jednak nie bylam przygotowana na to, co zobaczylam. Waska asfaltowka na jeden samochod, stromy zjazd w dol, ostry podjazd w gore, ograniczona widocznosc (zdjecie ponizej). W nocy wygladalo to znacznie gorzej niz w dzien i nie bylam do konca pewna, czy dobrze jade. Teoretycznie trafilismy od razu do domku, ale musielismy poszukac jeszcze wlasciciela z kluczami. Pierwszy dom, do ktorego poszlam, okazal sie wlasciwy. Wlasciciele zdzwili sie nawet, ze tak szybko przyjechalismy, bo spodziewali sie nas godzine pozniej.


Domek okazal sie dobrze wyposazony, chociaz pierwszego dnia bylo w nim zimno i byly wlaczone kaloryfery. Niestety informacja o tym, ze jest dostepny internet przez wifi jest nieprawdziwa. Po wypytaniu wlascicieli okazalo sie, ze wifi owszem jest, ale w pozostalych 2 domkach i przy wspolnym miejscu odpoczynku i grilu. W tym domku internetu nie ma. Dobrze, ze nie wybralam go z tego wzgledu, bo zdenerwowalabym sie. Brak internetu znaczaco pokrzyzowal nam plany, poniewaz mielismy zamiar sledzic sytuacje na gieldzie w poniedzialek i we wtorek, ze wzgledu na zawirowania w Egipcie. Musielismy ograniczyc sie do internetu w telefonie, mialam wykupiony pakiet danych, ktory zostal mi z wizyty w Polsce.

Zwiedzanie.


1 dzien - El Salto - Los Cristianos - Los Gigantes - Tamaimo - Santiago del Teide - Masca - Buenavista - Santiago del Teide - El Salto - lacznie ok 180km.


El Salto to miejscowosc startowa. Zaczelismy od Los Cristianos, bo znalazam informacje, ze jest tam sklep Vodafone (kolo kosciola), wiec pojechalismy szukac go. Obeszlismy cale miasteczko i nie znalezlismy. Dopiero jak sie zapytalam kogos, gdzie jest sklep, to nam wskazano i faktycznie byl niedaleko kosciola, ale my poszlismy inna ulica. Sklep byl zamkniety, ale za to zwiedzilismy Los Cristianos. Typowa turystyczna miejscowosc. Tlumy ludzi wszedzie, plaza w miescie, duzo restauracji. Co ciekawe, gdy wyjezdzalismy z naszego nigdzie, strasznie tam wialo i bylo zimno. Wzielismy do samochodu koszule i polary. W Los Cristianos bylo wrecz goraco i nie bylo w ogole wiatru.

Nastepnie pojechalismy zobaczyc skaly w Los Gigantos. W miedzyczasie temperatura za oknem zmieniala sie i jak dochalismy na miejsce, to znowu okazalo sie, ze jest goraco, 25 stopni. Przeszlismy sie promenada nad woda, popatrzylismy troche na gigantyczne skaly i zdecydowalismy sie jechac dalej na polnoc, wzdluz wybrzeza.

Z albumu Tenerife, February 2011

Droga szla w gore i byla coraz bardziej kreta. Z 25 stopni zrobilo sie tylko 15. Zatrzymalismy sie na zdjecia w Tamaimo. Bylo to za pierwszym rzutem zakretow pod gorke.

Gdy dojechalismy do Santiago del Teide, to padal deszcz typu mzawka, wial wiatr i dalej swiecilo slonce. Ciekawa kombinacja. Wyjscie z samochodu na robienie zdjec zapewnialo dodatkowe wrazenia.

W tej miejscowosci jest skret w lewo na droge do miejscowosci Masca. Wedlug przewodnika powinno byc widac z niej szczyt wulkanu, ze srodka wyspy. Okazalo sie, ze droga ta jest bardzo stroma, kreta i pojedynczego ruchu z waskimi mijankami. Gdy pierwszy raz zatrzymalam sie pod gorke, to reczny zaczal mi skrzeczec jakby nie wyrabial obciazenia. Dojechalismy do pierwszej przeleczy i tam to dopiero powialo. Od razu przypomnial mi sie pobyt na Islandii i dzien, gdy chcialo nam urwac glowy. Dodam, ze caly czas padala mzawka, wiec zrobienie zdjec bylo trudne.

Z albumu Tenerife, February 2011


Z przeleczy droga szla w dol, ale ciagle byla tak samo waska. Dotoczylismy sie w koncu do Masca, deszcz padal coraz bardziej i warunki pogodowe pogarszaly sie. Masca wcisnieta jest miedzy gory, malownicze miejsce.

Dalsza czesc podrozy to wlasciwie jazda przez deszcz. Nie chcialam jechac ta sama droga, wiec pojechalam do przodu. Droga byla szersza i mniej kreta, ale ciagle kreta. W deszczu i mgle (chmurach) dojechalismy do Buenavista, gdzie skrecilismy w prawo na Los Silos, a potem byle dojechac do wiekszej drogi, ktora sprowadzi na nas poludnie. Jechalismy znowu przez gory, drogi byly juz normalnej szerokosci, ale znowu gora - dol i masa zakretow. Na dodatek po drogach plynely strumienie wody z gory. Ciezkie warunki do jazdy. Dopiero, gdy dojechalismy z powrotem do Santiago del Teide, wypogodzilo sie i nie bylo sladu po deszczu. Zjechalismy na poludniu do austroady TF1 i wrocilismy do El Salto.

Bardzo dobry przyklad jak zmienia sie pogoda na Teneryfie. Tego dnia przezylismy zmiany od 25 stopni do 7 stopni w gorach, slonce, mzawke, deszcz i oczywiscie silne wiatry. Przeczytalam w przewodniku, ze wulkan/najwyzsza gora, dzieli Teneryfe na dwie czesci klimatyczne i czesto jest ona nazywana malym kontynentem. Niewatpliwie jest to prawda, bo zaobserwowalismy, ze nad morzem moze byc piekna pogoda i slonce, a nad gorami klebia sie ciemne chmury.

Ciag dalszy: "Teneryfa - wietrzna wyspa - cz. 2.